ROCZNIK 1969
SPOTKANIE KOLEŻEŃSKIE ABSOLWENTÓW AWF WROCŁAW
ROCZNIKA 1965-1969
SZCZYTNA 12.09. - 14.09.2008 r.
Trzy w jednym – wyjątkowy zjazd trzech roczników 1968-1969-1970
 
     Naszym rocznikom dane było przeżyć kawał historii. 40 lat temu gdy najstarsi kończyli studia na naszej Słonecznej (jeszcze) Uczelni – był studencki marzec i „wycieczka” wojaków Jaruzelskiego do Czechosłowacji, lądowanie imperialistów na Księżycu, „Grudzień” na Wybrzeżu, krótko – zaczęła się gorąca dekada.
               Tyle preambuły
     Szczytna 12-14 września 2008 rok, to dobre miejsce i czas do przemyśleń, a myślicieli było co nie miara! Na dzień dobry „starzy” przywitali „młodych”, a witał Józek Łabudek . W spiczu powitalnym chciał targnąć się na sejmowe rekordy Zbiory, ale opozycja tym razem była czujna i …było zdrowie, i pamięć – przede wszystkim tych, których nam już zawsze będzie brakowało.
     Życie nie lubi próżni, ale lubi tańce. Przy „rokentrolach” i „twistingenach” chocholi taniec z „Wesela”, to pikuś. Kobitki z obsługującej nas kuchni oderwały się od garów i patelni, by cuda te zobaczyć, na szczęście mięsko się nie przypaliło. Tylko po jaką cholerę w czasie studiów walcowaliśmy te polonezy, krakowiaki, mazury i oberki. Pani Tatiano po co?! No może polonez, bo to i taniec i dobro konsumpcyjne.(!)
     Szaleństwo skończyło się tak szybko, jak się zaczęło. Już po północy korytarzami niosło się koedukacyjne chrapanie. Śpiący, czy chorzy? Diagnoza – chorzy! Przecież nas 60-latków nikt już nie leczy – brak limitów NFZ. Te cukry, cholesterole, prostaty, z tym prywatnie, przecież Państwo płaci nam emerytury. Na zjeździe sprawy zdrowia były częściej poruszane, niż na Sejmowej Komisji Zdrowia. No dobrze, a jak zinterpretować 217 „osobozapodzień” okularów, poszukiwań aparatu fotograficznego na stołówce, a stołów to trochę było! No, a utrata dowodu osobistego i trochę gotówki przez jednego pana z Brodnicy? Po trzykrotnym przerzuceniu zawartości torby, dokumenty znalazły się w kieszeni spodni, o której „poszkodowany” nie miał pojęcia. Natomiast jeden pan z Kalisza, ruszając z parkingu do Kłodzka, pojechał w stronę Kudowy i tylko dobry duch majora Łozowskiego, który (w podświadomości kierowcy) krzyknął „w tył na lewo” uratował sytuację. Ja jednak na wszelki wypadek wysiadłem w Kłodzku. Gienek, jak zajechałeś? Zadzwoń, martwimy się trochę.
     Na szczęście Wielki Siwy Baca zorganizował dwukrotnie redyki na Zamek (do naszych mniej sprawnych będących pod troskliwą opieką braci) i do Piekiełka na stakan grzańca, który urósł był do symbolu opilstwa – tacy byliśmy grzeczni, a może to już nie to zdrowie?!
     No a pogaduchy i wspomnienia? Były, owszem, ale o dzieciach i wnukach. Jacy oni zdolni, biegli w komputerach, komórkach, wszelakiej aparaturze… My im tych ustrojstw dostarczamy, a sami tak naprawdę znamy jedną, a w porywach dwie funkcje. Takie czasy! Przy pytaniach o sportowe zainteresowania latorośli, zapadało wymowne milczenie. To w pewnym sensie tłumaczy nasze występy i osiągnięcia w Pekinie.
     Tak naprawdę było fajnie, tylko trochę za spokojnie. Brakowało tak jak w: Olejnicy, Karpaczu, Zieleńcu, Cetniewie, Obornikach, spotkań do białego rana, niekończących się wspomnień, listy top wenty, parodii, przygód wszelkich majorów, docentów. Brakowało też naszych, w końcu Zatoniów, Ignasiaków, Kmieciów, czyżby przemożny wpływ ideologii Kwacholandu? A my, plebejusze dalej w PRL-u, od Zjazdu do Zjazdu.
     Należy liczyć na to, że za rok się wszystko odmieni, pałeczkę przejmą „piękni czterdziestoletni – z 1969 „. (Słowo „pałeczka” może być nadinterpretacją).
     Powoli zaczynamy się pakować, czasu coraz mniej. Pszczółki – organizatorki już się krzątają. No to jak będzie, pomożecie?!
Adam Rydzyński – „Guru Rydz”