SPOTKANIA ROCZNIKA 1955 - 1959


WIECZÓR Z JUBILATAMI

W dniu Święta Uczelni zostaliśmy zaproszeni przez immatrykulowany rocznik 1955-1959 na uroczystą kolację. Przyjęcie odbyło się w okazałej „Rezydencji Parkowej” w zacisznej uliczce (bocznej Hallera) na Krzykach. Obaj z Kol. Ryszardem Jezierskim zostaliśmy serdecznie powitani przez gospodarza spotkania Kol. Mariana Klimkowskiego i zaproszeni do suto zastawionego stołu. Jako pierwszy głos zabrał Kol. R. Jezierski zapewniając zebranych, że będzie mówił krótko, w myśl zasady, że nic tak nie potrafi zepsuć najlepszej nawet imprezy, jak oficjalne przemówienia. Dziękując swoim wychowankom za pamięć i zaproszenie, przypomniał sobie, że przed 50-ciu laty po powierzeniu mu funkcji opiekuna rocznika początkowo nie czuł się zbyt pewnie w tej roli z racji niewielkiej różnicy wieku między nim a studentami. Ba w wielu przypadkach wychowawca był młodszy od swoich podopiecznych. Dzięki dobrej atmosferze od samego początku, udało mu się znaleźć wspólny język z rocznikiem, przeto obopólne relacje przebiegały bez większych zakłóceń, co zaowocowało pozytywnym załatwieniem szeregu spraw bytowych. W pamiętnych dniach „październikowego przełomu” jesienią 1956 roku wiele zdziałali dla ogółu społeczności studenckiej (np. uruchomienie stołówki w „Zameczku”) dojrzalsi o odbytą służbę wojskową Koledzy: Zygmunt Biskup, Staszek Przybyłowski, Bogdan From, Bogdan Ostapowicz i inni aktywni studenci, których na tym roczniku nigdy nie brakowało. Wznosząc pierwszy toast życzył zebranym obok dobrego samopoczucia i wszelkiej pomyślności, również dalszej tak owocnej integracji rocznikowej.

W toku wystąpienia Kol. Jezierskiego nieodparcie nasuwały mi się wspomnienia i refleksje związane z tym rocznikiem. Oto na kadrach cofniętego o półwiecze „filmu” pojawiliśmy się jako początkujący asystenci, którzy jak młode wilki ostrzyli sobie zęby na studenckiej braci. Marzyło się nam zrobienie z nich sportowców - narciarzy, gimnastyków. W tej ostatniej dyscyplinie realizując obowiązujący wtedy program III klasy sportowej, mordowaliśmy „kałamarzy” nie zważając, że dla niektórych było to prawdziwą męką i zniechęcało do przedmiotu. Co sprytniejsi próbowali niekiedy zaliczyć niektóre elementy „na murzyna” i to z powodzeniem, jak się po latach okazywało. Zdarzały się też chlubne wyjątki - vide Bogdan Ostapowicz startujący w klasie I-szej, ale on już wcześniej zdobył mocne podstawy w wojsku. Poza Bogdanem na tym roczniku była dosyć liczna grupa gimnastyków: Marian Golema, Władek Kopyś, Bogdan From, Edek Kubiak, Bolek Werner i parę gimnastyczek: Zosia Kulińska i Bogna Skawińska. Co na pewno udało się ówczesnej kadrze, a więc i nam, to zaszczepienie umiłowania zawodu, rzetelnej pracy z młodzieżą i czerpania radości z życia, ze sportu i ruchu.

Przyglądając się teraz przy biesiadnym stole nieco muśniętym zębem czasu obliczom, z satysfakcją konstatujemy, że nieliczne kobietki z tego rocznika (był wyjątkowo ubogi w płeć piękną) są nadal młode i powabne. Chemia to, czy czary? I nie jest to z mej strony li tylko galanteria, ale oczywisty fakt, stwierdzony zachowanym do dzisiaj sokolim wzrokiem. A nasi młodsi koledzy nadal są pełni werwy i radości życia. Tak trzymać! Organizatorzy spotkania przygotowali dla wszystkich okolicznościowe upominki w postaci pięknie wydanego i bogato ilustrowanego zdjęciami z dawnych lat folderu, autorstwa Staszka Paszkowskiego oraz terminarza pomysłu Mariana Klimkowskiego, w którym koleżeństwo ma notować ważne daty z życia przyjaciół czy kolejnych spotkań. Kol. Władek Kopyś wręczył opiekunowi ufundowany przez siebie gustowny pucharek. Dodatkowo otrzymaliśmy od Staszka tomiki jego liryk i wierszy pięknie zadedykowanych przez tego wszechstronnie utalentowanego Lwowiaka - człowieka orkiestry. Dosłownie, bo w pewnym momencie zabrzmiała w jego wykonaniu muzyka, przy dźwiękach której wiara ruszyła w tany. Potem Stasio zorganizował chórek z zespołem śpiewający piosenki z dawnych lat. Po kilku toastach wszyscy przeszliśmy „na ty”. Początkowo jedynie Zdzisiowi Łukaszowowi przychodziło to z pewną trudnością ale szybko przełamał się, a po poznaniu jego uroczej małżonki Dziuni przyjąłem bezterminowe zaproszenie do odwiedzenia Ich w słynnej z gościnności siedzibie na Pomorzu Zachodnim. Kilkorgu nietańczącym biesiadnikom zebrało się na zwierzenia. W tym celu przysiadali się kolejno do mnie i opowiadali, opowiadali.

Te wspomnieniowe pogawędki przemieniały się czasami w bardzo osobiste wyznania. Doprowadziło to w pewnym momencie do dowcipnego komentarza Julka Gozdowskiego – „paczcie „Kaczka” znowu kogoś spowiada, ale czy udzieli mu rozgrzeszenia?”. Zapewniam, że otrzymali je wszyscy, a za szczerość i zaufanie dziękuję. Zabawa rozkręciła się na całego. Zapanował szampański nastrój, wznoszono niezliczone toasty, gęsto przepijano do siebie, tańczono i gadano, gadano....! Aż wreszcie, może niezbyt elegancko, bo żegnając się tylko z organizatorami spotkania (aby nie psuć ogółowi zabawy) wraz z Kol. Jezierskim wyszliśmy „po angielsku” i udaliśmy się w domowe pielesze. Mieliśmy nadzieję, że mimo nieobecności opiekuna „wychowankowie” zbytnio nie narozrabiają. Tak też i było, choć zabawa trwała ponoć do bladego świtu.

Dziękując organizatorom oświadczamy, że był to jeden z tych wieczorów, który się będzie długo pamiętać.

Do zobaczenia za rok na obchodach 60-lecia Uczelni.

Antoni Kaczyński