SPOTKANIA ROCZNIKA 1957 - 1961


TEN WSPANIAŁY, SKROMNY ROCZNIK 1961

... Wspominać, znaczy to łowić
wiatr, umkniony w pole
niepowrotności...
E. Orzeszkowa

Po 26 latach od ukończenia studiów, po raz pierwszy spotkaliśmy się w 1987 roku. Stało to się dzięki staraniom Eli, Adama, Artura i Hanki. Było nam po prostu smutno, że na uroczystościach organizowanych przez Uczelnię - z Rocznika 1961 było nas bardzo mało. Postanowiliśmy odszukać adresy Koleżanek i Kolegów. Była to żmudna praca, ale efekty wspaniałe - do dziś!

Do tej pory spotkaliśmy się cztery razy:
I zjazd - Srebrna Góra, 1987;
II zjazd - Sienna, schronisko „Puchaczówka”, 1991;
III zjazd - Wels w Austrii, 1997;
IV zjazd - Szczyrk, 1999.

Od pierwszego spotkania utarł się określony program spotkań:
- opowiedzieć o sobie;
- uczcić milczeniem pamięć tych, których już nie ma;
- zwiedzić coś w okolicy;
- powspominać ciekawe chwile spędzone na studiach.

I Zjazd - Srebrna Góra, 1987

Pierwsze spotkanie, to poznawanie się na nowo, rekonstruowanie różnych faktów, wydarzeń, a przede wszystkim gromadzenie dalszych adresów. Przyjechało 26 osób (w 26 lat od ukończenia studiów). 27 osobą była Ola Socha, była asystentka Zakładu Pływania, od dawna zaprzyjaźniona z Grażyną i z nami. Przy powitaniu jeden z Kolegów całuje Olę, a potem odchodząc na bok pyta przejęty: „...dlaczego ja tej pięknej dziewczyny nie pamiętam?”.

Wieczorem były wspaniałe tańce! Nie ma co się dziwić. Po pierwsze, nasi Koledzy w czasie studiów mieli zajęcia z tańców z Tatianą i z Mychą (przez 4 semestry!), a po drugie - roczniki przedwojenne tańczą lepiej od młodzieży.

Na drugi dzień Ela poprowadziła nas po słynnych fortach Srebrnej Góry, które zbudowane zostały w latach 1765-1774, a legły w gruzach podczas wojen napoleońskich.

Czas minął szybko - pozostał niedosyt rozmów i wspomnień.

II Zjazd - Sienna k. Stronia ŚL, schronisko „Puchaczówka”, 1991

Od ukończenia studiów minęło 30 lat... 30 osób przyjechało. Do wcześniej wymienionej grupy organizatorów dołączyła Bogusia, żona Artura oraz nasz kolega chirurg Jurek, który po naszej Uczelni skończył jeszcze Akademię Medyczną i wybrał skalpel.

Drugie spotkanie, ze względów organizacyjnych, rozpoczęliśmy od wycieczki do Jaskini Niedźwiedziej - Kletno. Potem wspaniały wieczór ze wspomnieniami, tańcami oraz z dowolnymi, wcześniej przygotowanymi upominkami dla Wszystkich przez Wszystkich. Na drugi dzień spacer dla zdrowia do przełęczy, rozmowy w podgrupach. Nagle, któraś z Koleżanek, wyraźnie rozżalona mówi: „...dziewczyny! Gdzie myśmy miały oczy, że tak wspaniali mężczyźni umknęli nam do obcych bab?!...”. Dwudniowy zjazd - to bardzo krótko - znów zabrakło czasu...

III Zjazd - Wels w Austrii, 1997

Podczas cudownego 50-lecia Uczelni w 1996 roku spotkaliśmy się w mieszkaniu Eli. Nareszcie dojechali z zagranicy: Henia, nasza rocznikowa sexbomba, mieszkająca od ukończenia studiów w Austrii oraz Andrzej z Paryża! Henia, jak zwykle z sercem na wierzchu, zaprosiła nas do Wels, by uczcić 40-lecie rozpoczęcia studiów. Tym razem mieliśmy bardzo mało czasu na organizację wyjazdu - ale udało się. 28 sierpnia 1997 r. wynajęty autokar odjechał z ul. Dworcowej we Wrocławiu (z małym opóźnieniem, bo czekaliśmy na Romka z Karpacza, który z niewiadomych do dziś przyczyn nie zjawił się).

W Wels trafiliśmy do Heni bez kłopotów - bo Ona wcześniej o to zadbała, przysyłając bardzo dokładny opis dojazdu, uwzględniający nawet osiedlowe ograniczenia szybkości. Na miejscu już czekały na nas dwa małżeństwa: z Jeleniej Góry i z Paryża. W sumie więc nas było 35 osób!

Henia przeszła samą siebie w zorganizowaniu naszego pobytu. Na powitanie przygotowała dwie strony rymowanych wspomnień, wspaniały poczęstunek (m.in. na kuflach piwa każdy miał wypisane swoje imię), w ogrodzie dekoracja okolicznościowa. Była bardzo wzruszona, my też! Tak zaczęła (cytuję tylko fragmenty): „Kochani Przyjaciele! Z bijącym sercem witam Was serdecznie i cieszę się bardzo, żeście przyjechali... Poczujmy się młodzi, tak jak przed laty - a repertuar naszych wspomnień będzie bogaty..., ile radości, doświadczeń życiowych, ile chmurek i słońca dał nam studencki czas, niech wstęga naszych wspomnień zawsze owija nas...”.

Trochę łez się polało. Teraz, jak to opisuję, też mi smutno!

Na drugi dzień, korzystając z własnego autokaru, Henia zorganizowała nam wycieczkę wzdłuż podnóża Alp. Trasa około 200 km wiodła z Wels poprzez Lambach, Atnang, Puchheim, Vockbruck, Seewalchen, Nussdrf, Unterach, Scharfling, St. Gilgen, Abersee, Gmunden, Laakirchen do Wels.

Zwiedzaliśmy także Wels, które akurat obchodziło swoje 600-lecie, a ponieważ nasza grupa rzucała się w oczy (pozytywnie!) - burmistrz miasta zainteresował się nami i Henia z wielką dumą opowiadała Mu o wrocławskiej Uczelni i o nas.

O tym zjeździe można by było pisać wiele: o śpiewach niekończących się, tańcach, sąsiadce Heni - Cristinie, u której część kolegów spała, o szpagatach robionych przez ciągle młode dziewczyny, o lekcji poglądowej z życia żółwi u Heni w ogrodzie - ale trzeba przede wszystkim podkreślić gościnność Heni i wytrzymałość Jej męża - Georga. W każdym drobiazgu widać było ogromne serce, które Henia nam oddała. Szkoda było wyjeżdżać!

IV Zjazd - Szczyrk, 1999

Kolejne spotkanie zorganizowała Grażyna (radna z Będzina), ale inicjatorką była Bogusia, żona Artura. Mimo sporej ilości zgłoszeń uroczystą kolację rozpoczęliśmy w 19 osób. Trzeba jednak podkreślić, że na adres Grażyny wpłynęło wiele sympatycznych listów od nieobecnych. Między innymi od Longina, który czasowo jest w USA, od Romki, którą zatrzymała choroba matki, od Andrzeja z Jeleniej Góry, którego obowiązki dyrektorskie zatrzymały, ale dzięki któremu mamy film z pobytu u Heni, od Franka, który ma kłopoty losowe, telegram od Janeczki, że nie może. Ale czy nawet najpiękniejsze listy zastąpią Kolegów?

Kolacja, wspomnienia, wyjątkowo skąpe tańce (czyżby już nie ten wzrok?), ale o 5 rano coś nas zaskoczyło. Sprzątamy - a tu widzimy w kąciku śpi na siedząco Kolega. Podchodzę do Niego i delikatnie Go budząc mówię: „chodź spać". On otwiera przerażone oczy i pyta: „Boże, znów białe tango?”

O godz. 6.30 budzi mnie coś w rodzaju pukania skrzyżowanego z waleniem się domu. Wstaję jak skowronek (I), otwieram chałupę, a za drzwiami stoi przemoczony Jurek S. Okazało się, że z Bielska Białej, dokąd dojechał o 3.00 rano nie było PKS-u, więc On jechał na swoich rolkach, ale ktoś Mu podał zły kilometraż i po 6 km wrócił do Bielska. I dopiero kursowy autobus dowiózł Go do nas.

Pogoda zmieniła nam plany, na Skrzyczne wybrali się tylko odważni: Edek o doskonałej kondycji i Andrzej z Paryża. Reszta towarzystwa po krótkim spacerze zajęła się brydżem, drzemką i rozmowami w podgrupach. Zjazd trwał prawie trzy dni, ale i tak przy pożegnaniu było smutno i pozostał niedosyt. I w tym miejscu trzeba się zastanowić: czy tak się lubimy, czy trzymamy się kurczowo wspomnień, by oddalić starość (cytat z kuluarów zjazdu).

W Szczyrku podjęliśmy decyzję o następnych zjazdach: w 2000 - Sieraków Wlkp., aby uczcić programowy obóz letni oraz w 2001 w Zieleńcu, z okazji 40-lecia ukończenia studiów. Z Dusznik Zdroju koniecznie piechotą, jak to kiedyś bywało... Pragniemy również przyjąć w poczet Rocznika, fantastyczne osoby towarzyszące: Bogusię S., Bogusię K., Izę B., Marysię D., Jadzię G. oraz Georga W.

Reasumując wspomnienia w dużym pośpiechu, by zdążyć na odpowiedni czas do redakcji Biuletynu Absolwenta - być może coś przeoczyłam - wybaczcie wspaniali i skromni z Rocznika 1961.

Anna Rybicka (z d. Darulewska)