SPOTKANIA ROCZNIKA 1957 - 1961


40 LAT WSPANIAŁEGO I SKROMNEGO ROCZNIKA 1961

„Najgłębszy smutek szczęścia,
że wszystko przemija,
pragnienie uciszone
wspomnieniem ozłaca –
I pamięcią jak bluszczem
zielonym owija
TĘSKNOTĘ, co w pierwotnych szatach już nie wraca ...”
(L. Staff)

Nasz zjazd odbył się pod hasłem zaproszenia : „40 lat minęło jak jeden dzień...”
     Co to było za spotkanie !

Piąty już z kolei zjazd rocznika zorganizowali w dniach 22-24.06.2001 Edek Ż. i Jurek B. w miejscu naszych pierwszych kroków narciarskich w Zieleńcu.

Już od pierwszych chwil kwaterowania się w „Hance” spotkała nas zaskakująca przyjemność: Grzesiek, pracownik „Hanki” stwierdził, że niemożliwością jest byśmy 40 lat temu skończyli studia. Wszystkie „dziewczyny” były bardzo, bardzo podbudowane. Wszystkie, tzn. bardzo mało bo 7 z 13, które ukończyły studia.

Od pierwszych spotkań po latach, postanowiliśmy otworzyć serca dla tych żon kolegów, które wytrzymują nieustające wspomnienia z lat studenckich. I wytrzymują: Marysia D., która też skończyła naszą uczelnię; Bogusia Sz., która inspiruje nas stale do spotkań; Iza B. - absolwentka AWF w Warszawie, doskonale spędza z nami czas; Bogusia K. - przyjeżdża z Francji, zawsze uśmiechnięta, jakby dumna, że jej mąż ma takie koleżeństwo; Marylka K. i Małgosia R. będąc pierwszy raz z nami, wykazały dobrą kondycję i hart ducha.

Po zakwaterowaniu w „Hance” i w domku Edka - nastąpiło przygotowanie do wspomnieniowej kolacji. To nasza tradycja, że każdy opowiada co u niego słychać i co się zmieniło od ostatniego spotkania.

Było nas 32 osoby (w tym 24 absolwentów). Dużą radość sprawili nam koledzy: Romek z Karpacza i Andrzej z Cieplic-Zdroju, którym życie wreszcie pozwoliło na wspólne spotkanie. Kolacyjne gawędy były i radosne i smutne, zawsze jednak pozostawiające ogromne wrażenie. Np. jeden z naszych przemiłych kolegów wracał jako dziecko sam z Syberii do Polski, a ponieważ jak podkreślał - bardzo chciał żyć - udało Mu się.

Sobota - 23.06.2001 - bardzo bogaty program dnia zdecydowanie zepsuł nam deszcz. Po śniadaniu wszyscy poszliśmy złożyć kwiaty Hakowi. Większość z nas widziała tą tablicę pamiątkową po raz pierwszy i niestety, nie zachwyciła nas jej lokalizacja. Zdaniem większości powinien być to kamień lub głaz umieszczony w widocznym miejscu na stoku - blisko szosy.

Deszcz lał dalej, a my mieliśmy zaplanowany obiad w Masarykowej Chacie na Śerlichu (1010 m).

Miny niektórym zrzedły i tylko 17 osób odważyło się iść szlakiem. Na granicy mimo deszczu i wiatru, który urywał głowy - strażnicy bardzo dokładnie sprawdzali paszporty. Widocznie wychodzili z założenia, że w taką pogodę chodzić po górach mogą tylko przemytnicy.

Przemoczeni do dna dotarliśmy do schroniska. Zdjęliśmy z siebie co się dało, a część z nas chowało bose stopy pod stołem. Obiad był udany. W drodze powrotnej całą uwagę skupiliśmy na ostrożniejszym zejściu.

Zadowoleni wróciliśmy do „Hanki”, gdzie pozostałe koleżeństwo spędziło czas bez nas na graniu w brydża.

Wieczorem rozpoczął się Bal naszego 40-lecia. Bawiliśmy się lepiej niż ostatnio w Szczyrku, gdyż nie trzeba było „przymuszać” kolegów białymi tańcami. O północy nasz Andrzej z Francji szampanem uczcił swoje urodziny.

Pod koniec balu, na sali pojawiły się dwie dziewczyny pracujące w Zieleńcu i zaczęło się:
     „Edek nasz - nie ! Nasz ...”

W niedzielę rano - oczywiście Edek Ż. i Andrzej K. ruszyli na przebieżkę około 10 km. Pogoda wspaniała, błękitne niebo i słońce. Zdjęcia, spacery, wpis pamiątkowy do Księgi w Kościółku i wyjazd do Nachodu, gdzie w planie mieliśmy zwiedzanie zamku i zamówiony obiad.

Nastąpiły przetasowania w samochodach bo nie wszyscy planowali powrót przez Wrocław. Na trasie do Nachodu zgubiła się Henia z rodziną. Edek pojechał ich szukać - zapłacił mandat...

Okazało się, że policjanci czescy obserwowali naszą kawalkadę samochodów, wiedzieli, gdzie zgubiła się Heńka z rejestracją austriacką - i postanowili zarobić na turystach.

Zamek w Nachodzie piękny, a po obiedzie pierwsze pożegnania.
     To są zawsze smutne chwile.

Po powrocie do Zieleńca, okazało się, że Józek do Jeleniej Góry pojechał z Nachodu z bardzo ważną torbą Jurka. Cóż więc robić ? Jurek z Zieleńca pojechał do Wrocławia po prostu przez Jelenią Górę.

Rozmowy przed rozjazdem ostatnich osób były na wszystkie tematy (jak zwykle na koniec więcej się przypomina lub chce się wiedzieć).

Okazało się, że koledzy mieszkający w domku Edka, pierwszą noc spędzili na tzw. „pracach zleconych” pilnując parkingu do 5.00 rano.

Pozostaje tylko podziwiać ich kondycję w sobotę i niedzielę.

Chcemy znów się spotkać!

Mam nadzieję, że to marzenie spełni się szybko.

Anna Rybicka (zd. Darulewska)