SPOTKANIA ROCZNIKA 1960 - 1964


45 LAT WIRUJE NASZ WUEFIACKI ŚWIAT

Z tytułową plakietką spędziliśmy trzy dni w pięknych opolskich okolicach. Właśnie w tym roku minęło 45 lat jak rozjechaliśmy się po całej Polsce, a nawet i dalej.

Nasze ponowne - absolwenckie zbratanie, zaczęło się w 2004 roku w czterdziestolecie ukończenia studiów, kiedy to zwołali nas Wrocławianie. Wtedy Józek Wołyniec zaprezentował nam wspaniałe nowe obiekty sportowe na Stadionie Olimpijskim, ale nam w okresie studiów (1960-64) do zapraw lekkoatletycznych zupełnie wystarczał piękny Park Szczytnicki, gdzie również graliśmy w palanta pod kierunkiem Zofii Dowgird. Wykłady i ćwiczenia odbywaliśmy w niewielkich salkach, zajęcia sportowe w zgrzebnych halach przy ul. Witelona i w „Zameczku”. Akademik w PDT na czwartym i szóstym piętrze. Basen przy ulicy Teatralnej był wspaniały, chociaż z powodu odległości od głównych obiektów Uczelni długie włosy koleżanek prędko trzeba było ściąć - nie zdążały wyschnąć.

Od pamiętnego 2004 roku spotykamy się rokrocznie. Większość z nas to już emeryci. Dzieci odchowane, więc coroczne spotkania wyrywają nas z marazmu i szarzyzny (ale chyba nikt z tak wspaniałego rocznika nie wpada w taki smętny nastrój).

W tym roku Basia Sosnowska (Lisowicz), Ela i Rysiek (trener kadry sztangistów) Szewczykowie i Leszek Szestakowski postarali się, abyśmy miło i beztrosko spędzili trzy dni w Turawie, gdzie było wspaniałe jedzenie, eleganckie noclegi i duża ochota do tańca.

Z okazji jubileuszu Ela obdarowała nas ślicznymi, własnoręcznie malowanymi w opolskie ludowe wzory i wypalanymi kubeczkami. Każdy dostał kubek ze swoim imieniem.

W sobotę rano własnymi samochodami pojechaliśmy na Górę Św.Anny. Zakonnicy (Franciszkanie) przechadzali się w pięknych brązowych habitach przepasanych białym sznurem, ale już nie w sandałach. Kościół barokowo-złoty, ale największe wrażenie zrobiła na nas oryginalna ogromna kamienna grota z ołtarzem, a także rozległy widok na okolicę i pnące się wysoko górę schody. Potem niedaleki spacer pod pomnik Powstańców Śląskich, gdzie długą historię tego miejsca niezmiernie interesująco opowiedziała nam Basia Sosnowska.

Na trasie wycieczki był jeszcze Kamień Śląski, ale ja w pewnym momencie się zgubiłam i wylądowałam z powrotem w Turawie. Wiem z opowieści kolegów i ze zdjęć niezawodnego Norberta Badaja, jak pięknie jest zagospodarowany pałac i jak luksusowo i interesująco można tam spędzić czas na zjazdach kursokonferencjach, balach itp.

W ramach rekompensaty za to moje zagubienie, wybrałam się z kilkoma kolegami na rekonesans po okolicznych ślicznych, choć mniejszych od turawskiego jeziorach. (Włodek Tomczyk – też Opolanin – ze swoimi podopiecznymi jeździli tam na rowerach). Śliczny, cichy, ciepły jesienny wieczór odbijał chmurki w spokojnych wodach jeziora. Dla mnie – mieszkanki Gorców, były to piękne i niezapomniane widoki.

Nasi chłopcy pokochali tenis i żałują, że za naszych studenckich czasów nie było tego sportu w programie zajęć. Rano czwórka: Jerzy Witke, Zygmunt Ćwiąkała, Staś Prymakowski i Jaś Dymek rozegrała zacięty bój tenisowy o puchar, który zafundowali Ela i Rysiek Szewczykowie. Tak już od sześciu lat co roku Koledzy grają podczas naszych zjazdów. Wieczorem Rysiek uroczyście wręczył puchar Zygmuntowi, a wspólne zdjęcie utrwaliło tę chwilę.

Wieczorem, miły pan grał i śpiewał do tańca. Zaczął od dostojnych walców i tang, ale mimo siwizny nasza wueficka wiara pełna jest młodzieńczego wigoru, więc zaraz popłynęły szybsze rytmy.

W przerwie, Leszek częstował nas pysznie upieczonym prosiakiem i smalcem z dzika. Kilka lat temu (też w Turawie), był nawet cały dzik, bo Leszek również poluje.

Tańce, opowieści, życzenia, toasty i …ani spostrzegliśmy się jak szybko minęła ta noc.

W niedzielę znów piękna pogoda - a to już połowa września. Popłynęliśmy w spokojny, urokliwy rejs po jeziorze. Pan kapitan opowiedział nam historię tego sztucznego zbiornika wodnego, który idealnie wtopił się w okoliczne lasy sosnowe i nawet posiada piaszczyste plaże. Obłoczki sennie ścigały się z nami, dzikie kaczki nie były nawet zbyt płochliwe, kilka ostatnich żaglówek białymi żaglami zaznaczało koniec sezonu. Wędkarze cierpliwie moczyli kije.

Po powrocie czekali na nas Ela i Rysiek z ogromnymi porcjami lodów. Żegnaliśmy się serdecznie i ciepło (tylko lody były zimne), umawiając się na przyszłoroczne spotkanie, które w mickiewiczowskim Żerkowie pod Poznaniem zorganizują Bogusia i Jerzy Witke - będzie to w 50-tą rocznicę naszej immatrykulacji (1960 – 2010).

Udało nam się „zdobyć” 46 adresów. Na naszym roczniku studia ukończyło 90 osób. Niestety, kilkoro z tego grona już tylko z obłoków spogląda na nas. Na zjazdach rocznikowych bywa nas 25-30 osób. W dużo większym gronie spotkaliśmy się na 60-leciu naszej Słonecznej Uczelni. Na tę wspaniałą uroczystość wielu zjechało nawet z Niemiec i innych krajów. Szkoda, że nasz rocznikowy kolega prof. Tadek Skolimowski jakoś nigdy do nas nie dołącza.

Sportowo nie spoczywamy na laurach. Jerzyk Witke to współorganizator polonijnych turniejów tenisowych w Ameryce. W tym roku dwukrotnie zdobył trzecie miejsce, a za dwa lata powalczy z innymi Polonusami i to we Wrocławiu. Zygmunt Ćwiąkała w tenisowych turniejach zdobywa pierwsze miejsca, a w zimie na nartach też nie daje się prześcignąć innym seniorom.

Chyba się nie pomylę, gdy powiem, że wuefiackie uczelnie jak żadne inne wiążą ludzi na lata w przyjacielski krąg. Bliżej się poznaliśmy nie tylko przy zakuwaniu do egzaminów w sześcioosobowych pokojach w akademiku – w PDT, ale przede wszystkim na wielu wspaniałych obozach letnich, zimowych i wędrownych (i to za darmo – nie wszystko było takie złe w PRL-u).

Mamy kilka rocznikowych małżeństw – Lulka i Rysiek Paluszkowie, Stasia i Karol Szynolowie, Wala i Czesiek Szewczykowie, Teresa i Rufin Godlewscy.

Spotykamy się nie tylko z okazji uroczystości, często wspomagamy się i wspieramy nawzajem, a Genia Ostapowicz hojnymi datkami sponsoruje nasze Stowarzyszenie.

Ci z okolic Katowic często się widują, a i Wrocławianie i Opolanie pamiętają o sobie, znają swoje problemy i wspólnie je rozwiązują. Inni, choć rozsiani po całej Polsce, przejeżdżając w okolicy też nie omijają kolegów. To jest prawdziwa przyjaźń!

Barbara Nawrot - R. 1964