SPOTKANIA ROCZNIKA 1961 - 1965


KILKA SŁÓW O ZJEŹDZIE ROCZNIKA 1965 W MRZEŻYNIE

Nasz niesamowity rocznik z lat 1961-65 spotkał się już po raz 18-ty. Tym razem w dalekim nadmorskim Mrzeżynie k/Kołobrzegu w dniach 1-3 września 2017 roku. Pomimo okresu wakacyjnego i dalekiej podróży zebrało się nas 35 osób. Przebywaliśmy w Ośrodku Kolonijno-Wczasowym „Rutex”, będący własnością naszego kolegi Rysia Ruty, który z nami był tylko na pierwszym roku. Wypadł przez jakiś egzamin. Studia jednak ukończył na bratnim poznańskim WSWF-ie. Przez cały ten czas Rysiek utrzymywał kontakt z naszym rocznikowym kolegą, znanym trenerem siatkarzy m.in. KS Odra Wrocław - Józiem Łazorczykiem, ps. „Kot”. W ubiegłym roku, gdy zjazd organizował Jasiu Kaczór w swoim Kościanie, Józek przywiózł ze sobą Rysia. Ten oniemiał, gdy zobaczył jak Jasiu z szerokim programem turystyczno-rozrywkowym przygotował pięknie nasze rocznikowe spotkanie. Zadeklarował chęć organizacji zjazdu w 2017 roku, jako że posiada dwa obiekty wczasowe. Zaproponował swój Ośrodek Kolonijno –Wczasowy „Rutex” w Mrzeżynie. Ale to nie sztuka przyjąć grupę tylko na nocleg i wyżywienie. Rysiek nie miał nawet naszych adresów. Swoją pomoc zaoferował mu nasz kolega Jurek Gizowski z Raciborza. Słowa dotrzymał. Całą logistykę i korespondencję prowadził z nami przez cały rok. Ustalił z Rysiem termin, cenę, informacje o połączeniach, zarezerwował i zamówił rocznikowa mszę świętą intencyjną w Mrzeżynie. Wydzwaniał do nas często, informując na bieżąco o przygotowaniach. Chwała mu za to. Z powodu kłopotów krążeniowych i długiej podróży, wahałem się czy jechać na ten zjazd, zwłaszcza, że pociąg z Krakowa dociera do Kołobrzegu dopiero nocą, a stamtąd do Mrzeżyna jest jeszcze 18 km. No to d... blada - tkwić tam do rana. Ale dopingujący mnie Antek Swadźba z Bielska Białej wynalazł mi wczesny pociąg, ale z Katowic, którym on jechał. Pomimo protestów żony Zosi wyruszyłem raniutko autobusem Kraków – Katowice i za 1,5 godziny byłem już przy Antku na dworcu w Katowicach. We dwóch zawsze raźniej. Do celu dotrzeć mieliśmy po południu. Z radości w przedziale odstawiłem swój oklepany numer pt. „Niespodziewane spotkanie dawnych eks więźniów”. Wtajemniczyłem Antka żeby się nie śmiał, i że niby się nie znamy. „Numer” się udał, zwłaszcza, że na turnus sanatoryjny jechały panie średnio wiekowe, ale „z pretensjami” i jeszcze do grzechu. Nastraszyliśmy je porządnie, ale potem było wesoło aż do Kołobrzegu. Tam na peronie czekał nasz rocznikowy Super Przyjaciel Staszek Szczepański i zaprowadził do swojego auta. Spieszmy się, powiedział, bo tam już koleżeństwo zasiada do Uroczystej Kolacji Powitalnej z tańcami, a wy jesteście ostatnimi maruderami z pociągu. Ci co przybyli swoimi samochodami „sączyli dzban” już przed południem. Dojechaliśmy do Ośrodka. Towarzystwo siedziało już odwalone na galowo za stołami i toczyło ożywioną dyskusję. Pomachaliśmy im tylko w progu sali ręką i biegiem do pokoju, aby się nieco odświeżyć i wskoczyć w garnitury. A na sali uwijały się kelnerki obsługujące jednocześnie strefę bufetu szwedzkiego. DJ ze słuchawkami na uszach tkwił na stanowisku „muzyczno-oślepiającym” kolorowymi światłami. Na środek wyszedł kierownik Rysiu Ruta z małżonką i Jurkiem Gizowskim, który wymownie wskazał na rocznikowy powitalny baner, który wcześniej zawiesił. Powitali nas serdecznie, przy okazji polecając i zachwalając swoje dwa Ośrodki w Mrzeżynie i Rewalu, które jako nieliczne posiadają małe baseny kryte ogrzewane, czynne cały rok oraz zespoły boisk do gier. Widać u gospodarzy pomysł i doświadczenie wuefiackie przydatne w aktywnym wypoczynku. Zabrzmiała muzyka, do tańca ruszyły nasze urocze koleżanki. Przypatrzyłem im się dokładnie. Eleganckie, modnie ubrane, zgrabne, nie zanadto przy kości, jak na wiek „babciowy” przecież. A do tańca rwały się za „każdym kawałkiem”, większość prawie do białego rana. Podziwu godne, jak szalały na parkiecie wrocławianki – Asia, Alka, Wandzia, Bożenka, legniczanki – Halinka, Jadzia i Marysia, warszawianki - Stasia i Fota oraz kielczanka Jola a z nimi inni. Wśród nich cztery pary małżeńskie, miłości uczelniane. Są to Stasiu i Hania Szczepańscy z Opola, Karol i Stasia Szynolowie z Raciborza. Rysiu i Krysia Popławscy z Niemiec oraz Józiu Łazorczyk i Grażyna z Wrocławia. Koledzy rocznikowi po północy w tańcach przeszli głównie na styl „markująco-kiwany”. Tylko mój sublokator Antek, tancerz zawołany i 80-latek Jasiu Kaczor dotrzymywali koleżankom pola do końca zabawy. Piszę o tym dłużej, bo tak zdumiewające były te balety. Co do mnie, to po północy ulotniłem się „po angielsku”. Po długiej podróży rozbolały mnie nogi. W pokoju szykowałem się do kąpieli. Popatrzyłem na swoje podudzia okryte pończochami uciskowymi. Wyglądałem jak tania dziwka z francuskich filmów. Moje niegdyś długie i smukłe nogi długodystansowca AZS-u i wałbrzyskiego Górnika były moim atutem, a teraz przedstawiały raczej dwa konary z Puszczy Amazońskiej oplecione poskręcanymi lianami - żylakami. O starości, ty nad poziomy wylatujesz ze swoimi problemami. Podłamany spojrzałem nieco powyżej i zaraz wzrosło moje ego. Bo tam na posterunku trwał okazale mój „Zuch”. Wcale nie emerytalny jak jego pan i jeszcze nie w „amnezji funkcjonalnej”. Samolubnie podbudowany zasnąłem jak suseł. Nie słyszałem kiedy nad ranem zwlókł się do pokoju tancerz Antoni. Rano obudził nas gwar i wołanie grupy na śniadanie. Poganiał nas Gospodarz, który zamówił duży autokar i przewodnika. Czekała nas zaprogramowana całodzienna wycieczka po okolicznych kurortach wraz z ich atrakcjami. Rysiu zasiadł koło kierowcy. Do autokaru wspinały się niedospane „lwice parkietu” i „podkacowani” koledzy. Ruszyliśmy, przewodnik, miejscowy nauczyciel, sypał informacjami. Pojechaliśmy najpierw do Kamienia Pomorskiego, bo tam o godz. 10-tej rozpoczynał się w zabytkowej średniowiecznej gotyckiej Katedrze słynny cotygodniowy Koncert Organowy dla turystów i grup sanatoryjnych zwożonych z okolicy. W skupieniu słuchaliśmy podniosłej muzyki w wykonaniu organisty wirtuoza. Nagle w naszej grupie (dobrze, że byliśmy blisko drzwi wejściowych katedry) nastąpiło małe zamieszanie, bo oto w drzwiach ukazało się parę spóźnionych osób, a wśród nich nasz rocznikowy super przystojniak, a mój serdeczny przyjaciel Kazik Wysmyk z nadobną małżonką. Wszyscy myśleli, że spóźniony dojechał na zjazd. A on ze znajomymi z Oleśnicy był już od tygodnia w sanatorium w Łazach i przyjechali tylko na koncert. Więc zaczęło się w ławkach czułe obściskiwanie powitalne i buziaczki. U paru koleżanek, co się bujały kiedyś w Kaziku, zauważyłem nawet „maślane” oczy, no takie jak u tej głośnej pani „od wylotowego sylwestra”. Po koncercie zrobiliśmy z Kaziem wspólną fotkę i nasz autokar obrał kierunek na Trzęsacz, gdzie zwiedziliśmy zabezpieczone resztki ruin przyplażowego kościoła, którego pochłonęło przez lata morze. Jako że duło od morza niemiłosiernie, bo pogoda nie była zbyt łaskawa, to nasze oględziny odbywały się tylko z pomostów widokowych. Niestety, przez cały pobyt nie zamoczyliśmy nawet stopy w Bałtyku. Szkoda. Za to piwko na postojach było wyborne. Potem pojechaliśmy do Rewala do Ośrodka „Jantar”, usytuowanego w centrum i na przeciwko plaży. Piękny ośrodek z basenem krytym i ocieplanym. Powitał nas serdecznie młody gospodarz, czyli Ruta-Junior - syn Ryśka. Zjedliśmy tutaj smaczny obiad i kolejny kierunek - Niechorze. O, tam to było ciekawie, bo na otwartym przymorskim terenie usytuowany jest Park Miniatur Latarni Morskich z całego polskiego wybrzeża. Miniaturowe latarnie od Świnoujścia aż po Gdańsk, wiernie odtworzone architektonicznie i z opisem historycznym każda. Mieliśmy jeszcze wejść na prawdziwą latarnię morską, ale zabrakło czasu. Rysiu poganiał nas do autokaru, bo w Mrzeżynie o godz. 18-tej rozpoczynała się nasza msza intencyjna. Więc szybko ogarnęliśmy się i przybyli do kościółka parafialnego pod wezwaniem „Świętych Apostołów Piotra i Pawła”. Posługiwałem z Marysią Asłamowicz z Jawora. Ona przeczytała ustępy z listów apostolskich z Ewangelii, a ja na początku mszy odczytałem nazwiska 34 osób z naszego rocznika, które Pan Bóg powołał do siebie. Odmówiliśmy razem z dwoma księżmi „Wieczny odpoczynek” w ich intencji. W czasie homilii ksiądz proboszcz nas zaskoczonych bardzo wychwalał. Widział, że sporo z nas przystąpiło do komunii świętej. Ksiądz zaznaczył, że był bardzo zaskoczony tym, że grupa byłych nauczycieli z wrocławskiej WSWF tak wcześnie zamawia mszę intencyjną, chociaż przyjedzie tu tylko w zasadzie na dwa dni, to znajdzie na to czas. Przy tylu nadmorskich atrakcjach. Wierzę i gratuluję, że wielu waszym uczniom przekazaliście właściwe wzorce postępowania - zakończył.

Po mszy zrobiliśmy grupową fotkę z księżmi na stopniach ołtarza. Miejscowe parafianki, które przyszły na wieczorne nabożeństwo, z podziwem patrzyły co się tutaj tak radośnie dzieje w ich kościele. Wiadomo drogie panie, My Wrocławianie ze Lwowa, bis!

W Ośrodku czekała na nas pożegnalna kolacja przy winku i kawce. Ten wieczór jest zawsze nasz. Intymny. Ze wspomnieniami i planami na przyszły rok. Z programem artystycznym – niespodzianką, jaką każdy gospodarz obmyśla. Z całym szacunkiem dla Rysia, ale tego „czegoś takiego naszego” tu zabrakło. Rozgrzeszamy Cię, bo w szczycie sezonu dbałeś przede wszystkim o wczasowiczów, a na taki program to trzeba pomysłu i czasu na jego przygotowanie. Zwłaszcza, że tyle lat Ciebie z nami nie było. Żeby nie było za nudno poprosiłem Radę Starszych Roku, aby Stasiu Szczepański mnie zaanonsował z występem. Jako, że od lat zdarzało mi się być aktorsko na amatorskiej scenie, a obecnie często z występami w osiedlowej nowohuckiej grupie „Poetica”. Zaimprowizowałem dwie scenki humorystyczne pt. „Z pobytu faceta w sanatorium” i jedną w kobiecym przebraniu pt. „Klimakterium”. No i sala rozkręciła się na całego. Śpiewaliśmy sentymentalne piosenki, wspominaliśmy nasze przygody podczas studiów. Przy okazji poinformowałem koleżeństwo, że kościółek z serialu „Ranczo” w Jeruzalu zbudował przed 250 laty jeden z moich przodków, ksiądz Jacek Niemierka, z naszego gniazda szlacheckiego Niemierki na Podlasiu. Był on aktywnym i lubianym tam proboszczem przez 30 lat i wielkim patriotą. Tam został też pochowany. Przekazał on wojskom Kościuszki dwa dzwony na odlanie armat. Ekipa filmowa dołożyła się finansowo gminie do remontu tego kościółka przed rozpoczęciem zdjęć do serialu. My potomkowie rozsiani po kraju, zbieramy się tam uroczyście co roku na sesji rodzinnej „Szlachta herbu Gozdawa”. Jest prelekcja historyczna, udział we mszy i wspólny obiad cateringowy. Oczywiście z zakupem u pani Krysi flaszki „Mamrota” za 5 zł. W ubiegłym roku za zgodą Kurii Warszawskiej i Urzędu Zabytków ufundowaliśmy w kościele pamiątkową tablicę poświęconą pamięci naszego zacnego przodka.

W dalszej części improwizacji wieczornej wyciągnęliśmy przed oblicze „wszystkich pierwszaczków” - trzy nasze „zguby” rocznikowe. To nasi koledzy, którzy po ponad pół wieku raczyli nas „odnaleźć”. Po raz pierwszy przybyli na zjazd, na którym rozdziawiali gęby ze zdumienia, że tak się wspólnie radujemy. Trzeba było ich jakoś „ukarać”. Pod nieobecność naszego animatora Mirka Śliwińskiego z Legnicy Rada Starszych: Staszek, Ania Kapica-Żółtaniecka i ja wywołała delikwentów: Henia Bernata (dyrektora szkól zawodowych w lubelskiem), Leona Wodzińskiego (nauczyciela wf w szkole rolniczej w rzeszowskim) i Jasia Jaremczaka (trenera sztuk walki w Słupsku). Winowajcy na klęczkach przepraszali za absencję i bili się w pierś powtarzając mea culpa. W ramach „pokuty” obiecali „przeproszenie flaszkowe”. Tzn. z regionalnych domowych receptur mają przywieźć na zjazd po flaszce wspaniałego trunku. Rada ukarała Leona „na dwie flaszki”, bo zaczął bełkotać, że nie miał do nas adresów. Och, żesz ty w ząbek czesany - wypaliłem - śmiesz tak kłamać w dobie pomocnego internetu? Jasiu widząc rozsierdzenie Komisji od razu zadeklarował całą skrzynkę. No widzicie, jeden „prawdziwy” pokutnik. „Pożywiom - uwidim”, jak mówią rodacy pani Diany Wieczorek, naszej rusycystki. Nadszedł czas, aby ustalić kto i gdzie zorganizuje 19-ty nasz zjazd. Zapanowała po raz pierwszy cisza. Bo większe miasta już nas miały. Wtedy na środek wyskoczyła nasza maskotka – ślicznotka Jola Dachowska-Krawczyk z Kielc. Jola to nasza szczuplutka była Miss Słonecznej Uczelni w latach studiów. Urodę i zgrabną figurę utrzymała do dziś. – „Owszem, zorganizuję wam zjazd, ale nie w moich Kielcach, lecz w niedalekiej znanej wsi letniskowej tj. w Solcu nad Wisłą. Mam tam też swój domek letniskowy. Przepiękna okolica. Zakwateruję was w 38 osobowym pensjonacie „Zacisze” w dniach 31.08-2.09.2018 r. Dosyć zgiełku i męczącego się pałętania w miastach, które macie na co dzień. Nie bójcie się tej sielskości. Obmyślę też jakiś program na nasz wieczorek”. Aż nas wszystkich zatkało, że tak po cichu już to miała zaplanowane i innowacyjne. Dostała gromkie brawa. Powiedziałem Joli, że zapraszam ją do siebie do Krakowa, może jeszcze kogoś dokooptujemy i wspólnie obmyślimy program „Solec-2018”. Nadeszła kulminacyjna chwila. Jurek i Rysiu zdjęli ze ściany baner. Jola klęcząc powtarzała uroczyście rotę przysięgi, którą dyktował jej Staszek. Ucałowanie baneru i mogliśmy uściskać nową organizatorkę. Dziękowaliśmy Ryśkowi i jego pomocnikowi Jurkowi. Na końcu zadałem wszystkim pytanie: Kto napisze ze zjazdu sprawozdanie?, bo nie mógł przybyć nasz poeta Jurek Zachemba opisujący je na miejscu wierszem. Zapadło milczenie. Nagle ktoś krzyknął i zaraz cała sala za nim. „Kaziu, Kaziu, Kaziu”, więc opisuję. I tu zdradzę jedną tajemnicę pozjazdową. Otóż, na zjazd Jolunia z Kielc przyjechała z taką sobie małą walizeczką, w której wystarczająco mieściły się jej seksowne ciuszki, jakieś wdzianka i kosmetyki. A tu otrzymała olbrzymi, szeroki i ponad 7-metrowej długości baner-talizman. Baner spokojnie leżał przez noc niewinnie na stole. Jako że była to niedziela, a przed południem rozjeżdżaliśmy się, Jola szybciutko spakowała swoje modne ubranka i o 8-mej rano pobiegła na pocztę nadać paczuszkę do Kielc. Potem wzięła się za składanie baneru do walizki. No, i wtedy zaczął się dla niej niezły „horrorek”, bo tkanina baneru na pozór miękkiego stawiała nielichy opór przy składaniu w kostkę. Walizka „spuchła” niesamowicie, a i tak wiele powierzchni nie było złożonej. Jola próbowała różnych „rozwiązań geometrycznych”, oburącz i kolanami sobie pomagając. Na nic się zdało, a tu czas naglił, bo autobus Kołobrzeg - Kielce za niedługo miał odjazd. Opanowała się. Na wierzchu walizki w trójkąciki ułożyła nadmiar materii i gustownie to przywiązała do niedomkniętego „skarbca”. Tak cały czas trzymając walizkę na kolanach, aby się baner nie rozsypał, tą drogocenną „relikwię” dowiozła do Kielc. Brawo Jola. Jesteś Wielka i przykładna. Można się z tego i nieźle pośmiać. Dziękujemy ci ogromnie za takie „poświęcenie”. Kolejna organizatorka zjazdu może np. udawać Hinduskę owijając się banerem jak sari. Lepiej o tym pomyśleć już teraz lub zakupić większy futerał.

Dzień odjazdu to pospieszne koleżeńskie pożegnania, przygotowanie aut, układanie bagaży i wyjazdy. Wraz z Antonim, jak sieroty, rozglądaliśmy się bezradnie, bo tam w Kołobrzegu był wczesny pociąg do Katowic. Nagle pojawił się Staszek Szczepański ze swoją Hanią i zwięźle rzucił: „Wsiadajcie szybko do samochodu i tylko nie czapkujcie mi zanadto”. Znów nas bezinteresownie zaskoczył. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w potrzebie! Dlatego na wstępie prawdziwie napisałem: Nasz niesamowity rocznik. Do Krakowa „dotelepałem” się późnym wieczorem po 12 godzinach jazdy. Niech będzie błogosławiona Jola i jej Solec, bo stąd na zjazd nie będę miał teraz daleko.

Pokutnicy

Zdjęcie zbiorowe rocznika pod banerem

Opisał Kaziu Niemierka - „Hrabia”

JESZCZE RAZ O ZJEŹDZIE KOLEŻEŃSKIM ROCZNIKA 1965 – MRZEŻYNO 2017

Choć liczba żyjących z każdym rokiem mniejsza
to frekwencja się na zjazdach o dziwo – powiększa!
Pierwszy raz nad polskim morzem spotkać się przytrafiło
pogoda bywała lepszą, lecz tym razem – mżyło!
Program mocno był napięty, lecz przeżyć się dało
choć czasu wolnego było trochę – mało!
Nikt schodów nie liczył w latarni w Niechorzu
nieliczni wybrali za to kąpiel w morzu!
Wszyscy dzielnie to przeżyli, nikt nie zachorował
kto się nie odważył ten później – żałował!
Koncert organowy zapadł nam w pamięci
i to, że ksiądz serdeczności tyle nam – poświęcił!
Karmiono nas dobrze, chwilami wytwornie
a na balu wszyscy byli w znakomitej formie!
Warunki pobytu z każdym zjazdem lepsze
aż strach pomyśleć co w tym względzie wydarzy się jeszcze!
Trzech kolegów po raz pierwszy udział w zjeździe brało
zapewniali, że się wszystkim bardzo podobało!
Na pochwały zasłużyli, hotel plus kelnerki
i recital kolegi hrabiego – doktora NIEMIERKI!
Za rok zjazd zaplanowany jest w Solcu nad Wisłą
coraz dalej od Wrocławia spotykać się przyszło!
Pojawiła się tendencja by przyjeżdżać z pewnym wyprzedzeniem
by się nieco zrelaksować przed tym wydarzeniem!
Dobry efekt dały te przewidywania
było dobrze po północy a nikt się nie słaniał!
Tym razem na zjeździe niestety nie byłem
to co napisałem z innych wydobyłem!

Jerzy Zachemba

Facebook