SPOTKANIA ROCZNIKA 1966 - 1970


ZJAZD 40-LECIA UKOŃCZENIA STUDIÓW - R. 1966 -1970

OBÓZ PRZYGOTOWAWCZY KANDYDATÓW NA STUDIA W WSWF – OLEJNICA 1966 R.


ZJAZD 40-LECIA UKOŃCZENIA STUDIÓW - R. 1966 -1970

Relacja z ostatniego zjazdu w 1998 roku w Szczytnej kończy się słowami: „Żegnamy się z uśmiechem na twarzach, bo mogliśmy spędzić razem piękne chwile, podczas których przenieśliśmy się prawie 40 lat wstecz, do cudownych studenckich czasów…”

I cóż, jak z bata strzeliło 40 lat. Jak w piosence: „40-lat minęło jak jeden dzień”… Widać, czujemy wielką wewnętrzną potrzebę bycia razem. Choć na krótko. Ten niebywały jubileusz ściągnął do Szczytnej koleżanki mieszkające również poza granicami kraju. Misia Kowalczyk i Irma Hoog przyjechały z Niemiec, Basia Kościńska z Danii, a Majka Drzazgowska leciała do nas 24 godziny z dalekiej Australii.

Niestety, nie wszyscy, którzy zgłosili swój udział, mogli do nas dołączyć. Z naszym zjazdem zbiegła się tragiczna w skutkach sytuacja powodziowa, która po kilkunastu latach znowu nawiedziła Polskę. Koleżanki i koledzy mieszkający we Wrocławiu na terenach najbardziej zagrożonych, przeżywali w tym czasie ogromny stres, pilnując swoich domów, z nadzieją, że tragedia ich ominie. Rozumieliśmy to, byliśmy myślami razem z nimi, kontaktując się telefonicznie i przekazując sobie miłe czy przykre wrażenia.

Szczytna powitała nas po raz trzeci dzięki niestrudzonej koleżance Ewie Gieroń Daszkiewicz, która na szczęście ma ciągle dość siły, biorąc na swoje barki wszystkie sprawy organizacyjne. Również właściciele pensjonatu „Kamelia” robili co mogli, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Bankiet rozpoczął się od powitania nas przez Ewunię i zapalenia symbolicznych zniczy za dusze koleżanek i kolegów, których już z nami nie ma. I to był najsmutniejszy moment naszego spotkania. Zniczy było aż 9. Stanowczo za dużo. Wpatrując się w nie, wsłuchiwaliśmy się w słowa piosenki o przyjaźni, pogrążając się w zadumie i wspominając Ich wszystkich w milczeniu. Tak trudno się pogodzić z tym, że Ich już nigdy nie spotkamy.

Stół tradycyjnie już zastawiony był suto samymi pysznościami, które serwowane były w takim tempie, że nie byliśmy w stanie nadążać z ich konsumpcją. Muzycznie, czas umilały nam nagrania z przebojami biesiadnymi i z naszych studenckich lat, a najlepszym didżejem okazał się Wiesiek – mąż Danieli Kubiszewskiej. Potrafił błyskawicznie poderwać wszystkich do wspólnej zabawy, zorganizować konkursy, m.in. karaoke, podczas których mogliśmy zaprezentować swoje wokalne talenty. Wygrała Basia Kościńska, której odśpiewana z przejęciem piosenka „Góralu, czy ci nie żal”, słyszana była nie tylko w Szczytnej i okolicach, ale i na wszystkich górskich halach. Pląsów było co niemiara i choć przeważały panie, nie przeszkadzało to w tańcach, nie tylko w formie dyskotekowej, ale również w parach. w tej formie tanecznej jesteśmy świetnie wyszkolone. Uatrakcyjnieniem wyczynów na parkiecie okazał się taniec z cyklu „rehabilitacja niepełnosprawnych” z udziałem Ewy Gałęzy, która z powodu artroskopii stawu kolanowego przyjechała na zjazd o kulach. Nie wytrzymała jednak siedzenia za stołem, jako że temperamentna z niej dziewczyna i z krzesełkiem przesunęła się do tańczących. Widowisko było niebywałe – z udziałem wszystkich, a szczególnie dzięki Wackowi, nabrało nawet sex-charakteru. W końcu około godziny drugiej przenieśliśmy się do pokoi, by wypocząć przed czekającymi nas dalszymi atrakcjami. Przy odgłosach deszczu stukającego o parapety, pogrążyliśmy się w błogich snach.

Ku naszej wielkiej uciesze rankiem powitało nas słońce, więc tradycyjnie, po smacznym śniadanku, udaliśmy się znaną już nam malowniczą trasą. Odwiedziliśmy po drodze „Piekiełko”, które na szczęście sezonowo było już udostępnione turystom. Posiedzieliśmy przy stołach na zewnątrz, wystawiając buzie do słońca i delektując się zimnym piwkiem, wspominaliśmy dawne czasy. Żyć, nie umierać! Od czasu do czasu słychać było głuche odgłosy nadchodzącej burzy, która na szczęście okazała się niegroźna, chmury się rozpierzchły, a my wyruszyliśmy dalej na Szczytnik, by z widokowego tarasu przyjrzeć się pięknym krajobrazom okolicy i uwiecznić się na fotkach w tym atrakcyjnym miejscu.

W tym momencie zadzwonił telefon Ewy i dowiedzieliśmy się, że na dole czeka nas niespodzianka: odwiedził nas Ryszard Jezierski, nasz świetny wykładowca, ulubieniec większości dziewczyn, dzięki któremu przez 4 lata kształtowaliśmy nasze piękne sylwetki na sali gimnastycznej, ucząc się salt, fiflaków, skoków przez przyrządy itd. Miał wtedy dla nas dużo cierpliwości, szkoląc nas w tych gimnastycznych wyczynach. Pędziliśmy więc w dół ile sił w nogach, aby Go powitać. W ogrodowej scenerii z przyjemnością wysłuchaliśmy Jego relacji o naszych nauczycielach – wykładowcach, o ich losach i zdrowiu. Cieszyliśmy się, że sam jest w świetnej formie - wyglądał bardziej na kolegę z roku, niż ze starszego rocznika. Tryskał humorem i opowiadał kawały. Teraz będziemy Go wspominać nie tylko z sali gimnastycznej, ale również z miłego spotkania w Szczytnej, które zresztą nie skończyło się tylko na pogawędkach.

Organizatorzy przygotowali nam kolejne kulinarne atrakcje i niebawem zapachniało kiełbaskami, kaszankami, karkóweczką – wszystko oczywiście z grilla. A do tego ostre tańce dla zachowania smukłych sylwetek. Były także śpiewy, w tym cały repertuar z obozów w Olejnicy i nie tylko, aż w końcu powoli, bardziej z rozsądku, litując się nad naszymi zdartymi gardłami, zaczęliśmy się wyciszać, by w miarę spokojnie udać się na spoczynek. W nocy znowu bębniło o parapety. Nazajutrz, jak na zamówienie - ponownie powitało nas słońce. Po wspólnym śniadaniu i obietnicach spotkania na kolejnych zjazdach, pożegnaliśmy się, rozjeżdżając się do swoich domów.

Mieliśmy szczęście, bo dopisała pogoda (w tym czasie niektóre rejony kraju nawiedziły powodzie), a przeżycia były przepiękne! Będziemy je mieć w sercach do następnego spotkania.

Szczytna, 11-13. 06. 2010
Aleksandra Pukacka – Szlachta (Ola z Olejnicy)

Od Redakcji

Podobną w treści relację z tego zjazdu przesłała mieszkająca od lat w Danii Koleżanka Barbara Kościńska-Erverlund, wraz z dowcipnymi, wierszowanymi wspomnieniami z obozu przygotowawczego w Olejnicy.

W tym miejscu dodamy parę słów wyjaśnienia. W końcówce lat sześćdziesiątych, parę roczników miało szczęście uczestniczyć w dwóch obozach letnich w Olejnicy – wstępnym przed rozpoczęciem studiów i drugim zasadniczym, po pierwszym roku studiów. Jeszcze jedno wyjaśnienie, dotyczące pani „Mery” – Marii Zawadzkiej, obozowej kucharki, niezmiernie charakterystycznej postaci, o której ówcześni uczestnicy obozów po dziś dzień opowiadają przeróżne anegdoty. Niektóre z nich można wyczytać między innymi w księdze wspomnień z 60-lecia „Nasza Słoneczna Uczelnia”.

OBÓZ PRZYGOTOWAWCZY KANDYDATÓW NA STUDIA W WSWF – OLEJNICA 1966 R.

Za morzami, za rzekami, za 7-mioma dolinami, przed prawie 40. laty odbył się nasz pierwszy obóz w Olejnicy, z którego prezentuję rymowane wspomnienia.

Rankiem, kiedy ptaszek kwili, trzeba było wstać po chwili,
chwiejnym krokiem wyjść z namiotu i w podskokach do rozkroku.
Biegnąc, skacząc, podskakując i Świerczyńską denerwując,
do jeziora skok na główkę by orzeźwić swą makówkę.
Żaby, raki wystraszając – żeby, członki przemywając,
wolnym krokiem powracając, o latrynę zahaczając i na pięty uważając,
by w namiocie się przeczesać, bo do Mery trza pośpieszać.
A ta, wściekła już od rana, wali chochlą po kolanach –
chlebek, serek, marmolada i herbatka bromowana,
by pokusy cię nie brały i by łydki nie sflaczały.
Po apelu, rozdzieleni i na grupy podzieleni,
dziarskim krokiem maszerując i piosenkę podśpiewując,
na zajęcia brać zdąża i asystent z nią podąża.
Skoki, biegi i podchody, wiosła, kajak i …do wody.
W kółko pływać rozkazują, trzy godziny cię musztrują.
Po zajęciach bracie drogi, drżą i trzęsą ci się nogi,
chciałbyś zdrzemnąć się na pryczy, a tu Mery jak zaryczy:
chodźcie dzieci na obiadek! Dzisiaj będzie świński zadek.
„Mięsem” rzuca dookoła i spoziera jak na woła.
Wszyscy stoją zastraszeni, w kolejeczce ustawieni,
Mery w dobrym jest humorze - da repetę, dobry Boże!
Po obiedzie można było się wyłożyć na swe wyro -
nogi w górę, trochę plotek, no i znowu kołowrotek:
piłka ręczna, piłka nożna, ile trzeba, tyle można.
Bieg na przełaj, rozwojówka, gimnastyka i siatkówka.
Przed kolacją kandydacie, wypierz szorty swe i gacie.
Po wieczerzy posileni, bromem trochę ogłupieni.
Przy ognisku niezła zgrywa, echo pieśń z serc wyrywa.
Mógłbyś śpiewać tak do rana, no bo paczka bardzo zgrana.


Dziś siedzimy znów tu razem – po 40. latach,
posiwieni, wyłysieni, ale nadal umięśnieni,
nieco starsi lecz bogatsi w doświadczenia i przeżycia.
Tamte czasy już nie wrócą – jakże piękne i szczęśliwe.
Śnić możemy i wspominać o beztroskich naszych chwilach.
Los nas pędzi w różne strony – uwikłane jest to życie.
100 lat Drodzy Moi Mili, bądźcie zdrowi i szczęśliwi.
Do spotkania ponownego - wspaniałego zjazdu rocznikowego.
Wznoszę toast za Was wszystkich,
za obecnych i za tych których niestety już brakuje.

Szczególne podziękowania dla Komitetu Organizacyjnego: Ewci, Danusi i Rysiowi – bez nich nie byłoby tak miłego spotkania.

Szczytna, maj 2010 r., Barbara Kościska-Erwelund